Skip to content

Miejskie legendy, które legendami do końca nie są

DZIAŁ: Artykuły z dreszczykiem

Miejskie legendy zwykle są mieszanką faktów i wyobraźni ludzkiej. Czasem jednak okazuje się, że są prawdziwe, tylko że wyjaśnienie jest nieco inne. Niestety może też być rozczarowujące – zamiast przerażającego widma w lustrze mamy tylko swoje odbicie.

Zielony mężczyzna

fot. wikipedia.org

Legenda najgłośniejsza była w Pensylwanii, gdzie miejscowe dzieci straszono, że jeśli będą po ciemku zapuszczać się w pobliskie uliczki, spotkają Zielonego Mężczyznę, który się nimi przechadza. Bo ten mężczyzna nie ma twarzy, a na dodatek jego skóra jest zielona.

Okazało się, że ten mężczyzna istnieje i nie jest to żaden potwór, a doświadczony przez los człowiek. Był to Reymond Robertson, który w 1919 roku jako młody chłopak został porażony prądem na moście. Tysiąc dwieście woltów przepływające przez jego ciało pozbawiło go nosa, wypaliło oczy, a jego skóra była tak zniszczona, że emanowała zielonym blaskiem. Mimo wszystko tak miał szczęście – rok wcześniej jakiś chłopiec stracił tam życie. Przez to wydarzenie Reymond żył w odosobnieniu aż do śmierci w wieku siedemdziesięciu czterech lat, wychodząc z domu jedynie w nocy, żeby nikogo nie przestraszyć.

Ludzie cienie

fot. paranormal.about.pl

Kto nie ma czasem wrażenia, że tuż obok znajduje się jakaś postać, a raczej jej cień – a kiedy odwraca się, nikogo tam nie ma? O ludziach-cieniach słyszy się praktycznie od zawsze, a najczęściej widzi się je w środku nocy lub chwilę po obudzeniu. Mówi się, że to duchy albo ludzie tacy jak my, tylko że przenikający do naszego świata z innego wymiaru. Jednak są też prostsze wyjaśnienia.

Jeśli taką postać widzimy w środku nocy, bardzo możliwe, że doświadczamy właśnie paraliżu sennego. Właściwie tego paraliżu doświadczamy zawsze, kiedy śpimy, bo dzięki niemu nasze ciało nie rusza się, kiedy w fazie REM śnimy o skokach z piętnastometrowych ziarenek ryżu.
Jednak bywa i tak, że odzyskujemy jako taką świadomość i wciąż nie mogąc się naprawdę ruszyć, śnimy. Wtedy możemy zobaczyć, jak z kąta pokoju powoli idzie w naszą stronę smukły potwór ze szpiczastymi rękami. Możemy też po prostu widzieć zarys sylwetki, która się nie rusza. W każdym razie, to tylko sprawka naszego mózgu.

Ale nie zawsze jest tak dobrze.

Pewien mieszkaniec Japonii ciągle odnosił wrażenie, że nie jest w swoim domu sam. Ale przecież był, bo nikt z nim nie mieszkał. Jednak często widział kątem oka jakiś cień, a do tego regularnie znikały jego rzeczy, w tym jedzenie z lodówki. A kiedy znika człowiekowi jedzenie, sprawa robi się poważna. Mężczyzna zamontował w swoim domu kamerę. Wtedy zagadka się rozwiazała. Zamiast widma czy ciasteczkowego potwora, okazało się, że w jego domu mieszka po cichu człowiek – pięćdziesięcioośmioletnia kobieta, która przez cały rok korzystała z dobrodziejstw lodówki i bieżącej wody, a następnie po cichutku chowała się z powrotem w nieużywanej szafce.

Krwawa Mary

fot. pinterest.com

Mówi się, że kiedy człowiek stanie w ciemnej łazience ze świeczką w dłoni, po czym trzy razy powie Bloody Mary, w lustrze pojawi się kobieta, bardzo prawdopodobnie z poranioną twarzą. Prawdopodobnie inspiracją legendy jest królowa Maria I Tudor, która zasłynęła urządzaniem okrutnych egzekucji i mówieniu o ciążach, w których tak naprawdę nie była. Bo według niektórych instrukcji, czasem trzeba się jeszcze obrócić i powiedzieć, że ma się jej dziecko. Ale nawet jeśli zrobi się szpagat czy ostentacyjnie beknie, efekt będzie taki sam.

I nie, królowa Mary nie pojawia się w lustrze, nawet kiedy przywoła się ją trzy razy. Jednak faktem jest, że człowiek, który staje w ciemnym pomieszczeniu i czeka na pojawienie się upiornej twarzy, doczeka się jej. Tylko że wyjaśnienie nie jest takie interesujące. To, co widzimy w lustrze, jest jedynie naszą twarzą. Kiedy widzimy pewien kształt, którego nie możemy dokładnie określić, nasz mózg zaczyna wariować. Zniekształca obraz tak, że nie potrafimy się rozpoznać, a ponieważ oczekujemy wykrzywionej twarzy, taką właśnie otrzymujemy. Tak jak w każdy poniedziałkowy poranek, tylko że po ciemku. Taki psikus mózgu może tłumaczyć efekt Caputo – przeprowadzono eksperyment, w którym ludzie mieli wpatrywać się w lustro przy minimalnym natężeniu światła. Większość z badanych zaobserwowała pewne deformacje twarzy. Niektórzy widzieli swoich żyjących lub zmarłych rodziców, niektórzy po prostu obcą twarz, a jeszcze inni zwierzęta lub potwory. Ważne jest, że wcześniej nie powiedziano im, czego mogą się spodziewać.

A może to wcale nie nasz mózg, tylko po zgaszeniu światła mamy łączność ze wszystkimi upiorami świata.

Jednak według owej legendy, wezwana Maria ma w najlepszym wypadku wydłubać oczy temu, kto ją przywołuje, a w najgorszym zabrać ze sobą do lustra. Nie było do tej pory zanotowanych incydentów związanych z pozbawieniem oczu przez nieżyjącą królową, ale wiele osób tak się przestraszyło, że przestało się przeglądać w lustrze.

Zwłoki pod materacem

fot. rantlifestyle.com

Po Internecie krąży historia o parze, która po rozpakowaniu się w hotelowym pokoju zwróciła uwagę na podejrzany smród. Wezwali obsługę, która kilkukrotnie wysprzątała pokój i wymieniła zasłonki, myśląc, że to może być źródłem nietypowego zapachu, jednak nic się nie zmieniło. W końcu, po kolejnym sprzątaniu, ktoś się zorientował, że najintensywniejszy odór jest przy łóżku. W związku z tym podniesiono materac i odkryto rozkładające się zwłoki. Brzmi to jak typowa miejska legenda, którą ktoś wymyślił, kiedy musiał zatrzymać się w obskurnym motelu, który mógł nie takie rzeczy widzieć. Ale nie – takich przypadków było sporo, a najwięcej zanotowano w Stanach Zjednoczonych. Przerażające jest to, że przez taki pokój z niechcianym bonusem potrafi przewinąć się kilka osób, zanim ktoś zwróci uwagę na smród.

Pogrzebany żywcem

fot. therichest.com

Kto nie myślał o tym, że któregoś dnia może zostać pogrzebany żywcem? Nic przyjemnego.
W XIX wieku odkryto, że to dosyć częste zjawisko, kiedy William Tebb chciał zrobić zestawienie przedwczesnego pochówku. Dwieście dziewiętnaście spraw dotyczyło prawie pochowania człowieka żywcem, a sto czterdzieści dziewięć zbyt wczesnego pochowania. Widać to było na pierwszy rzut oka, po śladach drapania na wieku trumny (od wewnątrz).

Piotr Skarga przez taką pomyłkę nie został świętym – ponieważ ślady na trumnie wskazywały na to, że jeszcze żył, kiedy w 1612 roku go pochowano, uznano, że mógł w tym momencie bluźnić przeciwko Bogu i na wszelki wypadek lepiej go nie kanonizować.

Ponieważ ludzie bali się takiego zakończenia życia, budowano bezpieczne trumny, do których był przymocowany sznurek, który uruchamiał dzwoneczek. Dzięki temu ludzie mogli zaalarmować, że jednak żyją.

W 2011 roku mieszkająca w Wielkiej Brytanii Polka, Michalina Lewandowska, cudem uniknęła tak okrutnej śmierci. Jej narzeczony i przy okazji ojciec jej dziecka, Marcin Kasprzak, chciał ją zostawić dla innej i zabrać ich syna ze sobą. Żeby plan się udał, postanowił porazić Michalinę prądem i zasypać jej ciało, żeby sprawa załatwiła się sama. Szczęśliwie kobieta odzyskała przytomność na czas i w odpowiednim momencie, tak, że Kasprzak nie miał już możliwości dokończenia pracy, rozcięła związującą ją taśmę pierścionkiem zaręczynowym i wyczołgała się spod ziemi i gałęzi. A niedoszły morderca dostał wyrok dwudziestu lat więzienia.

Złodzieje organów

fot. abcnews.go.com

„Nie idź na imprezę, bo wrzucą ci coś do drinka i wytną ci nerkę”. Czy to w mailu, czy to na jakimś portalu, możemy natknąć się na historię o turystach w egzotycznym kurorcie, którym podczas wyjazdu urwał się film, a kiedy obudzili się następnego dnia, odkryli że mają świeżą bliznę.

Taka sytuacja przydarzyła się Hindusowi, Mohammadowi Saleemowi, jednak nie na imprezie, a w nowej pracy. Ucieszył się, kiedy zaoferowano mu posadę na budowie i wyższe niż dotychczas zarobki. Miał on pojechać do Nowego Delhi i pojawić się w budynku, a następnie czekać na dalsze instrukcje. Jednak jego pracodawcy się nie zjawili. Przyszli za to mężczyźni w maskach i zaaplikowali Saleemowi narkotyki. Obudził się później, czując wielki ból. Usłyszał, że jeśli komuś o tym powie, straci coś więcej niż nerkę.

Policja będąca na tropie złodziei nerek odkryła, że ofiar było dużo więcej, a grupa ludzi podająca się za lekarzy wycinała nerki biednym, żeby sprzedać je bogatym.

Lodowa kobieta

fot. pinterest.com

Krążyła swojego czasu opowieść o przewiezionym do szpitala człowieku, który był zamrożony jak zwykłe mięso, które przechowuje się w zamrażarce. Lekarz puka w twardą skorupę, po czym stwierdza zgon. Jednak w kostnicy człowiek zaczyna się roztapiać i po chwili się budzi.

Coś takiego przydarzyło się dziewiętnastoletniej Jean Hillard, którą znaleziono pewnego ranka. Musiała ona wracać w nocy na piechotę, ponieważ zepsuł jej się samochód, kiedy jechała do domu rodziców. Postanowiła przejść trzy kilometry do domu przyjaciela, ale nie udało jej się dotrzeć do środka. Temperatura wynosiła minus dwadzieścia stopni. Była tak zmrożona, że do samochodu trzeba było ją włożyć jak deskę. W szpitalu lekarze nie dawali jej jakichkolwiek szans na przeżycie. A jednak, Hillard jakimś cudem się ocknęła. Na dodatek nie zaobserwowano u niej żadnych uszkodzeń, które powinny wystąpić.