Skip to content

Nie otwieraj drzwi – opowiadanie

DZIAŁ: Artykuły z dreszczykiem

Można przeczytać po angielsku w Contemporary Writers of Poland, red. Danuta Błaszak i Anna Maria Mickiewicz, przeł. Ada Stańczak

Nie otwieraj drzwi

Wstałam z łóżka. Po raz trzeci w tym tygodniu. Wypiłam kubek kawy z saszetki i z myślą, że już za trzydzieści siedem lat będę mogła przejść na emeryturę, wyszłam do pracy. Może wcześniej umrę. Poślizgnę się na podłodze mokrej od zapomnianych mrożonek. Nikt nie zapłaci za mój pogrzeb. Będą musieli mnie pochować w lesie, w pudle po dżemach truskawkowych, mamy ich sporo na zapleczu. Może nawet potrzeba będzie dwóch pudeł.
– Dzień dobry, w czym mogę pomóc – powiedziałam pod nosem, kiedy do sklepu wszedł pierwszy klient.
Wąsaty mężczyzna zawsze przychodził pierwszy. Już przestał mi odpowiadać. Zakasłał, plując flegmą na napoje
i ruszył po bułki. Pościskał każdą z nich po kolei i odwrócił się do mnie.
– Stare.
Kupił trzy. Wychodząc, znowu kaszlnął soczyście.
Każdego dnia odwiedzają mnie ci sami ludzie. Trzy sypiące się panie z yorkami, pięciu robotników z budowy obok, która rozpoczęła się zanim powstał wszechświat, a po piętnastej grupa gimnazjalistów sklejona w nieforemną masę, która kupuje u mnie piwo. Nie wiedzą, że sprzedaję im bezalkoholowe. Naprawdę nie ma dnia, który wyglądałby inaczej.
Może pomaluję te pudła na czarno, żeby zorientowali się, że to trumna.
Kiedy zrobiło się ciemno, zjadłam trzeci jogurt, który wczoraj się przeterminował i zaczęłam myć podłogę. Po zmroku już nikt tutaj nie przychodzi.
Nagle usłyszałam pukanie.
– Zamykamy – powiedziałam do dziecka, może dziewczynki, które stało po drugiej stronie szklanych drzwi.
– Wpuść mnie. Musisz mi pomóc – powiedziała wysokim głosem.
Nie wydawała się być przestraszona. Brzmiała sucho. Jak wszyscy w tym mieście. Otworzyłam jej drzwi. Do środka weszła dopiero, kiedy ją zaprosiłam.
– Pomóż mi.
– Bierz co chcesz i uciekaj.
I tak właściciel nie zauważy, że coś zniknęło. Codziennie jem tutaj wszystkie trzy posiłki, nikt nie wie.
Dziewczynka się rozejrzała. Kiedy nasze spojrzenia się zetknęły, dostrzegłam jej czarne oczy. Żadnych tęczówek, żadnych białek. Całe czarne.
Krzyknęłam głośno, próbując przed nią uciec.
Otworzyła swoje małe usta i zaczęła wciągać powietrze.
Zakręciło mi się w głowie, z mojego nosa zaczęła kapać krew. Prawie upadłam.
Nagle przerwała.
– A może pójdziesz ze mną? – zapytała.
Nie zastanawiałam się długo. Wolałam wysysać ludziom dusze, niż spędzić kolejną sekundę w tym sklepie.
Wtedy zgasły światła. Dotknęła mojej dłoni, która po chwili stała się wiotka. Całe moje ciało zaczęło się marszczyć. W końcu tak wyschło, że musiało ze mnie zejść. Byłam już gotowa, żeby z nią pójść.
W końcu postanowiłam wrócić do sklepu. Zapukałam do drzwi. Starszawa kobieta z mopem w rękach z uśmiechem podniosła głowę. Zbliżyła się do wejścia. Kiedy spojrzała w moje czarne oczy, nawet nie drgnęła. Stała naprzeciwko swojej duszy i wpatrywała się w nią bez zainteresowania. Zupełnie jakby mnie nie poznała.
Nie wpuściła mnie do środka.