Skip to content

Najgorsze ekranizacje komiksów

DZIAŁ: Artykuły z humorem

Dzisiaj już nie trzeba się wstydzić, kiedy idzie się do kina na film Marvela czy DC. Jednak nie można zapominać o potworkach, które kiedyś wyprodukowano i za które ludziom zapłacono grube pieniądze.

Nie, nie umieściłam na liście Suicide Squad. Nie było to arcydzieło, ale do jasnej ciasnej, widział ktoś Harley Quinn?

Uwaga:

I tak, chronologicznie:

Daredevil (2003)

Zanim Batman został Batmanem, był niewidomym prawnikiem. Matt Murdock, grany przez Bena Afflecka, nie odnosi sukcesów i kryminaliści wyślizgują mu się z rąk. A ponieważ nie stać go na naprawę swojego ego dużym samochodem, załatwia przestępców po wyjściu z sali sądowej.
Ale dlaczego jest niewidomy? Ponieważ zasady bhp nie obowiązują właścicieli odpadów biologicznych, wózek widłowy przebija zbiornik, z którego wypryskuje ciecz oślepiając chłopca.
Teraz, jako wyznaczający sprawiedliwość Daredevil, Murdock biega w lateksie rzucając na prawo i lewo oklepanymi tekstami nie używając do tego ani jednego mięśnia twarzy.
Jego filmową partnerką jest Elektra Natchios, kobieta która w wolnym czasie bezlitośnie walczy z workami piasku. Poznajemy ją, kiedy Matt w kawiarni wyczuwa jej zapach, zanim ona wejdzie do środka. Jak widać, twórcy Zmierzchu uczyli się od najlepszych. Następnie, jak każda nowo poznana para, Elektra i Matt walczą na placu zabaw wykonując dziwne akrobacje.

W końcu się schodzą. Ale żeby akcja nie stanęła w miejscu, Elektra myśli, że Daredevil zabił jej ojca. Potem dowiaduje się, że Didi to Matt, więc wyklucza go z listy podejrzanych. Ale akurat wtedy zostaje zabita przez Bullseye’a, bo mimo że łatwo o nich zapomnieć, to ten film ma swoje czarne charaktery. Gdzieś jeszcze pojawia się jeszcze Kingpin.

Bójki są mało interesujące, działania bohaterów niezrozumiałe, a dialogi drętwe. Jednak buczenie widzów odebrano jako wołanie o bis, bo dwa lata później powstał film o Elektrze, której udało się wrócić do świata żywych.

Na szczęście fani komiksu DD mogli odetchnąć z ulgą, kiedy w 2015 roku Netflix wyprodukował o Murdocku serial.

Kobieta-kot (2004)

Patience (Halle Berry) to zakompleksiona, nieśmiała i życiowo zagubiona osoba. No kto by pomyślał, że to akurat ona zaraz będzie pewną siebie kobietą z biczem w dłoni?

Małżeństwo właścicieli firmy kosmetycznej chcąc zataić przed światem fakt, że ich krem jest szkodliwy, zabija główną bohaterkę. Jednak wstrzykuje jej swój z pewnością świeży oddech pewien kot, dzięki czemu Patience powstaje z martwych i zmienia się w dziką kocicę. Od tego momentu przez pierwsze dni zachowuje się jak kociarz postrzegany przez psiarza – syczy na psy, wygina się co chwilę i miętosi twarzą kocimiętkę.

Potem jest tylko gorzej. Lub lepiej. Różne są fetysze. Bohaterka wskakuje w skórzane wdzianko, które wygląda jakby zostało kupione na wyprzedaży w sklepie dla dorosłych. Najwyraźniej jest to strój każdej wyzwolonej kobiety. Już jako kobieta-kot włamuje się do jubilera, żeby potem zwrócić skradzione przedmioty i naprowadzić policję na swój ślad. Przez to prawie się wkopała
– policjant, z którym się umawia, porównał jej charakter pisma z przeprosinami napisanymi przez zahukaną Patience.

 
Ale ponieważ bystrość nie jest jego mocną stroną, nie wpada na to, że to jedna osoba. Nawet kiedy stanął z nią twarzą w twarz. Facet, serio… Dopiero badanie DNA pomaga mu rozwiązać zagadkę. Nic dziwnego, że ostatecznie go zostawiła.

Potem kocica bije się z Sharon Stone, której złowrogi makijaż spływa z twarzy. Wygrywa. Koniec.

Gra aktorska jest w tym filmie niedostrzegalna, a scenariusz najwyraźniej pisany był podczas posiedzeń w toalecie. Dlatego sceny akcji powinny to wynagradzać, ale na tym etapie twórcy już się poddali. Nic więc dziwnego, że film dostał siedem nominacji do Złotych Malin; zgarnął cztery nagrody, w tym dla samego reżysera.

Fantastyczna Czwórka (2005)

Wybrałam starszą wersję, nie tą mroczną i bez fabuły, bo tutaj przynajmniej jest o czym pisać.

Zgodnie z nowymi przepisami dotyczącymi ubioru astronautów, kobiece kostiumy powinny mieć głęboki na dziesięć centymetrów dekolt. Standardowe procedury bezpieczeństwa.

Sama fabuła jest prosta – naukowcy, świetni specjaliści w swoich dziedzinach, a przy okazji finaliści konkursów piękności, wyruszają w podróż w kosmos. Ślicznotka Susan, jej równie atrakcyjny brat Johnny, Łysy Ben, kolejny przystojniak Reed, a także niepozornie nazywający się przyszły czarny charakter – Von Doom, zostają napromieniowani. Wracają na Ziemię, gdzie okazuje się, że mają nietypowe moce. Reed jest rozciągliwy, Susan staje się niewidzialna w zależności od jej emocji, Johnny jest tak gorący, że aż płonie, a Ben staje się mówiącą cegłą. Von Doom coś robi z metalem, ale głównie to jest zły.

Mimo że Fantastyczna Czwórka powinna być fantastyczna i walczyć z przestępczością, to są rzeczy ważniejsze, jak wyciąganie papieru toaletowego z pokoju obok za pomocą plastusiowej ręki.
Z jednej strony to miło, że pokazali bardziej ludzką stronę superbohaterów.

Ale gdzie jest ta druga strona? Największym osiągnięciem grupy jest uratowanie ludzi na moście, na którym to oni sami stworzyli zagrożenie. Oczywiście wszystko w końcu się udaje, para, która ma się zejść, schodzi się, a ten zły zostaje pokonany.

Można obwiniać słaby scenariusz, ale to aktorzy poddali się już pierwszego dnia. Twórcy próbują wszelkie niedociągnięcia wynagrodzić widzom ciągle rozbierającą się Jessicą Albą, ale to za mało.

W 2005 roku niezbyt Fantastyczna Czwórka zajęła 3 miejsce w głosowaniu na najgorszy film roku na stronie lovefilm.com. Dzisiaj Chris Evans zasłaniając się tarczą Kapitana Ameryki udaje, że Ludzka Pochodnia to nie on.

Ghost Rider (2007)

Reżyserem tego filmu jest ten sam sadysta, który znęcał się nad fanami komiksu Daredevila. Niestety nie jest to człowiek, który umie uczyć się na błędach, chociaż i tak „Ghost Rider” jest lepszym filmem niż DD. Ale co nie jest?

Głównego bohatera, Johnny’ego Blaze’a, gra stary i dobry Nicolas Cage. Johnny oddaje diabłu swoją duszę, żeby jego tata nie umarł na raka. Ale umiera zaraz w innych okolicznościach, bo uwaga, okazuje się, że pakt z diabłem nie przynosi zbyt wiele korzyści.

Johnny kontynuuje karierę motocyklisty-kaskadera i po latach spotyka swoją ukochaną, Roxanne, którą wcześniej wystawił. Uczucie dziwnym trafem rozkwita na nowo, ale w tym samym czasie diabeł upomina się o swój dług. Scenarzysta zapomniał dopisać powodu, dla którego Roxanne, mimo ciągłego spławiania, wciąż wraca do Johnny’ego.

Potem Johnny, jako Ghost Rider, walczy z Blackheartem, synem diabła. Pokonuje go, ale gdy ma możliwość porzucenia klątwy, Johnny decyduje się jednak pozostać Ghost Riderem. W końcu musi powstać jeszcze druga część.
Niektóre części scenariusza były pisane przez Nicolasa Cage’a, co tłumaczy scenę jedzenia żelek z kieliszka do martini przy oglądaniu małpy uprawiającej karate, nerwowe potrząsanie magiczną kulą numer osiem w restauracji, czy dialogi, których nikt oprócz Cage’a nie mógłby wymyślić. Jest to dziwne, ale przynajmniej oryginalne.

Niestety brakuje w filmie nieco sensu, więc zastępowany jest nudą. Aktorom też niespecjalnie chce się tam grać. Ale przynajmniej bijatyki przyjemnie się ogląda.

Zielona Latarnia (2011)

Martin Campbell, reżyser lubianych filmów bondowskich – Golden Eye i Casino Royale, bez trudu zepsuł film o superbohaterze. Ale co mógł zrobić, gdy scenarzysta przygotował mu taki pasztet? A Greg Beltrani, który tak pogubił się pisząc ten film, dostał później do napisania cztery seriale DC: Arrow, Flash, Supergirl i DC’s Legends of Tommorrow. Ktoś tu ma niezłe plecy.

W tym filmie mamy do czynienia z Halem Jordanem, granym przez Deadpoola. Hal to niepokorny pilot o nieprzeciętnym wyglądzie i kaloryferze, który ma swój własny kaloryfer. Pewnego dnia z nieba spada czerwona łepetyna w swoim statku kosmicznym. Zrzuca odpowiedzialność noszenia zielonego kostiumu na Hala poprzez przekazanie mu swojego pierścienia. Jednak żeby aktor nie był zbyt zażenowany na planie, zarówno kostium, jak i maskę, dorobiono komputerowo.

Problemy filmu zauważalne są od razu – z intrygującego aktora jakim jest Mark Strong, zrobili wzdętego czerwonego M&Msa. Właściwie połowa obsady w tym filmie jest kolorową wersją Humpty’iego Dumpty’iego.

 

Bo Hal nie jest jedynym wojownikiem w trykotach – innych strażników międzygalaktycznego porządku, czyli Zielone Latarnie, możemy zobaczyć w emocjonujących scenach akcji jak wysyłanie zielonego promienia w przestrzeń, czy rozmowy z jeszcze większymi głowami.

Po drodze mamy starcia z Parallaxem i romantyczne momenty z miłością Hala, Carol. I tak jak każda pozytywna postać w tym filmie, Carol nie grzeszy osobowością, bo bycie atrakcyjną osobą jest cechą samą w sobie. W przypadku czarnych charakterów zasada jest niemal taka sama – niesamowitą urodę zamieniamy na jej brak i mamy gotową postać. Jednak efektem ubocznym jest szybkie zapomnienie wszystkich filmowych postaci.

Reynolds chyba nie mogąc pogodzić się z tym, że wystąpił w takim dziele, wyprodukował w 2016 roku entuzjastycznie przyjętego Deadpoola.

W 2020 roku ma powstać kolejna wersja Zielonej Latarni. Mam nadzieję, że twórcy filmów DC teraz będą brać przykład z ekipy pracującej nad Wonder Woman. I cieszę, że nikt się za nią nie wziął kilka lat temu.