Skip to content

Gdzie mogę mdleć?

DZIAŁ: Artykuły z dreszczykiem

Idziesz nagrzaną ulicą. Jest upał, czujesz, że nie dojdziesz do domu o własnych siłach. Tracisz przytomność i się przewracasz, a od udaru może uratować cię jedynie przypadkowy przechodzień. Czy masz większe szanse na uzyskanie pomocy w większym, czy mniejszym mieście?

Natychmiastowa pomoc

Podczas badań przeprowadzonych w małych i większych miastach zaaranżowano sytuację, w której pomocnik badacza kuleje, po czym nagle upada, krzycząc przy tym z bólu. Następnie podwija nogawkę ukazując zakrwawioną nogę. W małych miasteczkach prawie połowa świadków przystanęła i zaproponowała pomoc. Ta sama sytuacja, którą zainscenizowano w dużych miastach, skłoniła do działania tylko 15% przechodniów.

Stąd nasuwa się wniosek, że ludzie mieszkający w mniejszych miastach lub na wsiach są przyjaźniej nastawieni do innych i nauczeni altruistycznych zachowań. Jednak w opozycji do tego stanowiska istnieje założenie, że to nie miejsce, a otoczenie, w którym człowiek się znajduje, jest wyznacznikiem udzielania pomocy.

W dużych miastach łatwo jest zniknąć

Według hipotezy przeładowania urbanistycznego opracowanej przez Stanleya Milgrama, ludzie mieszkający w wielkich miastach są ciągle atakowani przez niezliczone bodźce, przez co skupiają się tylko na sobie, żeby uniknąć przeciążenia. Ze względu na zagęszczenie dużych miast trudno uniknąć kontaktu fizycznego. To sprawia, że ludzie pragną więcej prywatności, spada ich chęć do pomocy innym ludziom. Jednocześnie duże ośrodki wzmagają poczucie anonimowości, przez co tworzy się większy dystans społeczny. Ludzie mieszkający w miastach tak często obserwują problematyczne sytuacje, że stają się one dla nich normalne i są na nie bardziej obojętni. Milgram stwierdził również, że mieszkańcy miast są mniej skorzy do wpuszczenia potrzebującej osoby do domu.

Oprócz przeładowania bodźcami, w przypadku zarówno dużych, jak i małych miast, znaczenie ma także zjawisko nazwane efektem widza. Mówi ono, że im więcej jest świadków danego zdarzenia, tym mniej prawdopodobne jest uzyskanie od kogokolwiek pomocy. Do zajęcia się tym zagadnieniem, naukowców skłonił tragiczny wypadek Kitty Genovese. W zatłoczonej dzielnicy Queens w Nowym Yorku dziewczyna została zaatakowana przez napastnika z nożem. Mężczyzna dwukrotnie został przestraszony przez głosy ludzi i zapalające się w oknach światła, jednak mimo obecności trzydziestu ośmiu osób widzących, co się dzieje, nikt nie zareagował, pozwalając mu zaatakować po raz trzeci. Jedyny telefon na policję pojawił się już po śmierci dziewczyny. Bibb Latane i John Darley opisali na tej podstawie zjawisko rozproszenia odpowiedzialności – kiedy w dużej grupie ludzi coś się wydarzy, to wszyscy myślą, że pomocy udzieli ktoś inny.

Uczestnik przeprowadzonego na ten temat badania przebywał w oddzielnej kabinie, rozmawiając przez wewnętrzną linię telefoniczną z nagranymi głosami udającymi pozostałych uczestników. Jeden z nich miał symulować napad padaczki. Najpierw prosił o pomoc, potem się krztusił, a ostatecznie przestawał się odzywać. Jeśli uczestnik myślał, że on jest jedynym świadkiem napadu padaczki – aż 85% badanych ruszyło na pomoc w ciągu minuty. Reszta docierała przed upływem dwóch i pół minuty. Jednak w przypadku, gdy osoba badana myślała, że jest więcej uczestników, w ciągu minuty ruszyło na pomoc tylko 62% osób. Byli tacy, którzy nie zareagowali nawet po 6 minutach, aż do zakończenia badania.

A co z dłuższą pomocą?

W takim razie warto przyjrzeć się pomocy długofalowej. W tym wypadku sprawa nie jest taka oczywista. Tutaj motywacja związana z zaspokojeniem własnego ego, chęcią pochwalenia się innym, zdobycia uznania z racji „bycia dobrym”, jest niewystarczająca jak na ten typ długotrwałej pracy na rzecz innych. W takim razie gdzie więcej ludzi jest w stanie tak się zaangażować?

Niezależnie od kraju, ludzie są mniej skorzy do niesienia pomocy osobom postrzeganym przez nich jako członków grupy obcej. Stanowisko, że w mniejszych miastach ludzie są bardziej skłonni do pomocy, może być podparte przez fakt istnienia społeczności lokalnych. W związku z tym jej członkowie rozpoznają więcej ludzi jako członków własnej grupy ze względu na przynależność do danej wspólnoty, niż ci wychowani w mieście, w większości ograniczających swoją wspólnotę do grona najbliższej rodziny i znajomych. Dodatkowo do miast napływa wielu emigrantów, dlatego relacje między ludźmi w dużych miastach są płytkie.

Trzeba też pamiętać, że człowiek uczy się norm społecznych od innych członków swojej grupy. Jedną z nich jest pomaganie. Osoby, które wychowały się w środowisku prospołecznym, w którym pomaganie było powszechne, powinny być bardziej chętne do udzielenia pomocy.

Z badania przeprowadzonego przez Centrum Badania Opinii Społecznej, wynika, że w Polsce odsetek osób angażujących się w pomoc na rzecz społeczności lub instytucji wynosi 66%. Jaki jest tego praktyczny wymiar? Zaledwie niecałe 15% Polaków angażuje się w działalność taką jak wolontariat.

Kto pomaga bardziej

Sondaż CBOS wskazuje, że odsetek ludzi, którzy twierdząco odpowiedzieli na pytanie, czy zdarzyło im się nieodpłatnie pracować na rzecz swojego środowiska, kościoła, osiedla, wsi, miasta lub potrzebujących wynosi 65% w wielkich miastach (od 500 tysięcy mieszkańców) i 55% w małych (do 20 tysięcy mieszkańców). Trochę mniej osób z niewielkich środowisk deklaruje pomoc na rzecz obcych ludzi, instytucji czy kościoła, co może podważać tezę, że ci wychowani w mniejszych miastach są bardziej skłonni do zachowań prospołecznych. Jednak w tym wypadku opisane zostało aktualne zamieszkanie, nie pochodzenie. Coraz więcej młodych ludzi przenosi się bowiem ze wsi do miast, a to oni są największą grupą udzielającą się w ramach wolontariatu – osoby od 15 do 24 roku życia.

Pamiętajmy jednak, że w wielu gimnazjach i liceach za udział w wolontariacie można uzyskać dodatkowe oceny. W tym wypadku nie do końca można mówić o chęci udzielenia pomocy, a raczej o spełnianiu obowiązku, dlatego dane statystyczne nie muszą odzwierciedlać rzeczywistej skłonności do pomagania.