Skip to content

Filmy tak złe, że aż dobre

DZIAŁ: Artykuły z humorem

To nie są filmy, które powinno oglądać się samemu. Po seansie nie najdzie nas żadna wartościowa refleksja, jedynie „nawet mój pies zrobiłby to lepiej”. Jednak puszczony w gronie znajomych po ciężkim tygodniu skutkuje świetną zabawą, w końcu wyśmiewanie to rozrywka zupełnie nienadwerężająca intelektu.

Niestety trzeba wykazać się znajomością angielskiego, bo nie wszystkie dzieła znalazły chętnych do tłumaczenia.
I uwaga – co raz się zobaczy, nie może być odzobaczone.

The Room (2003)

fot. wired.com

Prawdziwy klasyk. Jeśli nie wiesz, czym jest The Room, to prawdopodobnie wiedziesz ciekawe życie i znajdujesz radość w wyższych przyjemnościach. Tak trzymaj.
Reżyserem, scenarzystą, producentem i głównym aktorem jest Tommy Wiseau, człowiek zagadka. Nie wiadomo skąd pochodzi (pojawiły się głosy, że z Polski, Polska się tego stanowczo wypiera), ani jakim cudem udało mu się uzyskać tyle pieniędzy na zrealizowanie swojej wizji. Tyle, znaczy 6 milionów dolarów. Tak, tak, budżet tego filmu jest taki sam, co angielskiej komedii „Świt Żywych Trupów”, która komedią jest intencjonalnie.
Główny bohater, Johnny, ma narzeczoną Lisę. Lisa nie kocha Johnny’ego, kocha Marka. Mark jest najlepszym przyjacielem Johnny’ego. bohaterowie lubią grać w futbol. W filmie fabuła jest tak istotna jak rak piersi matki Lisy – wcale. Bo to nie ona tworzy to dzieło, a wyśmienite dialogi oraz gra wszystkich aktorów, w szczególności goszczącego w filmie przybysza z obcej planety, Tommy’ego.

Birdemic (2010)

fot. alchetron.com

Był melodramat, teraz mamy thriller.

Reżyser, James Nguyen, miał wizję, co lubi zaznaczać w wywiadach. Ciekawe tylko, co spowodowało, że ją zgubił. Film dzieli się na dwie części, ponieważ Nguyen najwyraźniej uznał, że podział na trzy akty jest zbyt mainstreamowy. W pierwszej połowie bohaterowie wiodą idealne życie, udaje im się wszystko co tylko udać może, a nawet więcej – mężczyzna dobija ważnego targu, kobietę angażują do sesji Victoria’s Secret.

W drugiej części pojawiają się mordercze ptaki, które najpierw zabiły specjalistę od efektów komputerowych.

Dużą przyjemność może sprawić oglądanie aktorów, którzy wiedzą, że to, w czym biorą udział, zdecydowanie nie jest arcydziełem, na jakie Nguyen próbuje je wykreować. Stąd można zauważyć śmieszne miny pytające „co ja tutaj robię i dlaczego tak mało mi płacą?”.

Film obfituje w nietypowe dla rasy ludzkiej dialogi i zachowania. Nic dziwnego, że ekipie filmowej nie zajęło dużo czasu zrozumienie, że ten projekt nie pomoże im w rozwoju kariery. Po odejściu po kolei dwóch charakteryzatorek, aktorka grająca główną bohaterkę musiała przejąć ich rolę. A reżyser połowę nazwisk, które można zobaczyć w napisach końcowych, zmyślił. Tak naprawdę on był operatorem kamery, montażystą, dźwiękowcem, ale przede wszystkim wizjonerem.

I jeśli ktoś zadaje sobie pytanie, czy to na poważnie – tak. Śmiertelnie. Do tego stopnia, że powstała druga część. Do ptaków dorzucili jeszcze inne elementy grozy, jak jaskiniowców czy olbrzymią meduzę.

The Time Machine (I Found at a Yardsale) (2011)

fot. movpins.com

To jest film. 84-minutowy film science-fiction. Naprawdę.

I tak jak przy poprzednich filmach podjęto jakiś wysiłek, żeby dać bohaterom przynajmniej jedną cechę, tak w tym filmie o takim szczególe zapomniano. Mężczyzna kupuje wehikuł czasu od staruszka sprzedającego starocie przed swoim garażem. Kiedy wypije do końca sok pomarańczowy (jesteśmy świadkami picia soku od początku do końca, suspens palce lizać), decyduje się wyruszyć w przyszłość. W lesie z przyszłości poznaje kobietę, niewolnicę w fioletowej sukience, która po chwili zastanowienia zgadza się z nim uciec. W ten sposób zaczyna się ich podróż po świecie zielonych ekranów.
Bo większość akcji rozgrywa się na zielonym tle. Oczywiście dzieje się tak także w wielu dużych produkcjach, ale tutaj sprawa ma się nieco inaczej. Komputerem zastąpiono nawet ulicę.

Aktorzy często mówią stojąc twarzą do kamery, jakby w ten sposób próbowali nas przekonać, że rozmawiają ze sobą. Niezręczna gra aktorska popychana jest niezręcznymi dialogami. Gdzieś po drodze podobno jest akcja, Indiana Jones jeszcze nie wrócił z poszukiwań. Ale jedno jest pewne – wybory bohaterów, ich interakcje ze światem zielonego tła i naśladowanie mimiki żywych ludzi sprawia, że mózg człowiekowi wypływa uszami. Wspaniałe chwile.

Foodfight (2012)

fot. cartoonbrew.com

Foodfight miał mieć premierę w 2003 roku, ale przez, między innymi, chaotyczne zarządzanie, czy przepuszczanie pieniędzy na rozrywki (może to, że Charlie Sheen brał w tym udział ma z tym coś wspólnego), wydano go dziewięć lat później. Jest to film animowany, ale budżetem przewyższa wszystkie filmy z tego zestawienia razem wzięte – wyniósł on 45 milionów dolarów. Cóż, narkotyki nigdy tanie nie były.

Akcja rozgrywa się w supermarkecie i obraca wokół produktów spożywczych. Jednak głównym bohaterem filmu jest pies w kapeluszu. Jego narzeczona, trochę człowiek, trochę kot, zostaje porwana, co niemal już przypomina akcję. Film bez zbędnego patyczkowania się wskazuje, kto jest złym bohaterem i jak bardzo jest zły, oszczędzając nam jakiegokolwiek wysiłku poznawczego.

Grupa docelowa filmu to dzieci, jednak zapomniano dodać, żeby przed seansem umówić wizytę u psychologa. Powykręcane postaci rzucające tekstami z mało subtelnym podtekstem erotycznym to coś, czego nawet najtwardsi mogą nie znieść. Ale z drugiej strony, jeśli nasze zdrowie psychiczne podczas oglądania nie wyjdzie z pokoju, będziemy się świetnie bawić. Trochę jak z rybą fugu.

W każdym razie ostrzegałam.