Skip to content

Z boksu na kanapę, czyli adopcja psa ze schroniska

DZIAŁ: Śmieszne

Moja kiełbasa jest ze mną już prawie trzeci rok, dlatego postanowiłam opisać naszą małą przygodę. Może przyda się to komuś, kto chce zaadoptować zwierzaka. 

Yhm… pies?

Zacznijmy od tego, że jestem kociarą. Koty nie śmierdzą, są czyste i godne. Mieliśmy wcześniej dwa rodzinne psy i jakoś nie chciałam z nimi spędzać czasu. Mimo to, nagle poczułam, że muszę mieć psa. Zaczęłam się zastanawiać, czy nic mi nie dolega. Cóż, studiuję psychologię, zdrowa na umyśle z pewnością nie jestem. Ale żeby aż tak?

Pójście do schroniska

Przejrzałam dużo ogłoszeń na olx i podobnych, ale każdy zwierzak, który miał być w Warszawie, okazywał się przebywać na drugim końcu kraju i tak daleko psa nie wydamy. TO PO CO MÓWICIE, ŻE JEST TUTAJ.

Wtedy ktoś podpowiedział mi, że mamy tu schronisko. No jasne, czemu nie.

Jedno poprowadziło do drugiego i umówiłam się z panią z Palucha na szukanie zwierzaka. Długi czas przeglądałam tamtejsze bidy na stronie internetowej, ale wszystkie były do siebie podobne. Cóż, nigdy nie interesowały mnie psy, więc też nie miał dla mnie większego znaczenia ich wygląd. Miał być po prostu niezbyt duży. Dlatego kiedy z samego rana (studenckiego rana, nie było aż tak wcześnie) pojawiłam się na Paluchu, nie wiedziałam, z kim wrócę.

Spędziłam tam trochę czasu. Wyszłam na spacer z jednym psem, drugim, ale to wciąż nie było to, sama nie wiem czemu.

Gdy już obejrzałam wszystkie możliwe psy i tata już ziewał bez skrępowania, a moja siostra wróciła do samochodu, wiedziałam, że to czas na decyzję. Gdzieś w środeczku miałam zanotowanego Burka, którego minęłam na początku. Miał sześć lat, w schronisku siedział już cztery.

W boksie z kumplem


Tak więc Burek. Niezbyt stary pies średniej wielkości, niesprawiający wrażenia, że lubi biegać. Idealnie.

Trochę trzeba było poczekać. Tu na panią weterynarz, tam na papiery adopcyjne, musiałam też wypełnić ankietę.
Dlaczego chcesz przygarnąć tego psa?
Mnie się pytacie?
Bo nie mam zielonego pojęcia, czemu w ogóle chcę psa. Byłam tylko pewna, że nie jest to chwilowa zachcianka, prędzej trwałe uszkodzenie mózgu.

W końcu udało nam się wyjść. Dostałam smycz, z którą wyszliśmy ze schroniska w stronę zachodzącego słońca. Dosłownie, bo tak długo tam byliśmy.

Plan przejazdu samochodem był prosty – pies wskakuje na ręczniczek w nogach i grzecznie jedziemy.
Nic z tego. Wlazł mi na kolana, wystawił jęzor i obserwował, co się dzieje za oknem. Gdyby teraz to zrobił, byłoby w miarę w porządku, chociaż jego oddech kwalifikuje się do ciężkiej broni biologicznej. Ale czuć było od niego też mocz gromadzony na sierści przez kilka lat, a to już cięższa artyleria.
I tak siedzę – ja, osoba, która pierze uprania przed praniem, dezynfekuje ręce po dotknięciu jakiejkolwiek klamki czy dłoni innej osoby, a na mnie brudny pies, który cztery ostatnie lata spędził w schronisku. Co. Się. Stało.

W domu

Pierwszy dzień prosty nie był. I kilka następnych też nie. Tardis, bo tak go nazwałam jeszcze w schronisku, zaczął zaznaczać teren na każdym rogu. Wiedziałam, że to się wydarzy, byłam na to mentalnie przygotowana. Miałam nawet opracowaną strategię szybkiego i skutecznego czyszczenia podłogi.

Jego zetknięcie z lustrem było dosyć zabawne. Zaczął je lizać, drapać, skakać, ekscytacji nie było końca przez następne dwa dni.

Zmęczony po całowaniu swojego odbicia

Tardis nie był specjalnie obyty; wielokrotnie wskoczył na stół, gdy zobaczył, że coś dobrego tam leży. Wyobraźcie sobie włochatą kiełbasę na krótkich łapach, odbijającą się od krzesła i drepczącą nagle nerwowo po stole, bo ups, nie wie, co ma dalej zrobić.

Ale nauczył się, że stół i moje piękne, obite zasłoną z Ikei fotele są tylko dla ludzi. Wystarczyło też kilka dni głośnego mówienia nie, żeby przestał odcedzać kartofelki, gdzie popadnie. Naprawdę kilka dni. Przez następne tygodnie zdarzały mu się pojedyncze siuśnięcia, ale w końcu zniknęły na dobre.

Taka jest różnica między psami a kotami – przynajmniej tymi, z którymi miałam do czynienia – pies nie załatwi się w domu, o ile go nie przyciśnie, kot zostawi ci niespodziankę na poduszce, gdy go zawiedziesz, na przykład dasz mu jeść o minutę za późno. 

I tak kocham koty.

Kąpiel

W końcu nadszedł czas zmycia wszelkich smrodów. Odczekałam kilka dni, bo tak zalecili w ulotce – żeby pies się przyzwyczaił do domu. Nie muszę chyba mówić, że żeby mieszkanie nie trąciło już l’eau de bezdomny pies, wszystkie dywany poszły szybko do pralni.

Nie umie korzystać z zabawek, ale próbuje

Kąpiel była trudna. Tardis mnie nie gryzł, nie drapał, ale widziałam, że jest przerażony. Przynajmniej po wszystkim mógł położyć się na swoim własnym posłaniu w ciepłym pokoju, więc coś za coś.

Oswajanie się

To trochę trwało – mimo że ze mną był spokojny, to kiedy mój tata czy dziadek się do niego zbliżali, uciekał. Nie można było trzymać obok niego kabla, bo się kulił ze strachu. I mimo że wciąż miewa pewne odruchy, to dzisiaj już się tak nie boi.

Okazało się, że lubi biegać, szczęśliwie mnie do tego nie zmusza

I tutaj nasza historia mogłaby się skończyć. W końcu nikt nie chce czytać, jak zachwalam kupołapkę, dzięki której nie muszę mieć najmniejszej styczności z psim balastem.
Ale jeśli już tu jesteście, to urządzenie naprawdę ratuje życie.

Jednak jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę napisać, bo przecież nie mogę pokazywać zdjęć Tardisa i udawać, że to majestatyczny pudelek.

O mamuniu, jaki brzydki pies

Mama była zdziwiona, że wybrałam tak, ekhm, niecodziennie wyglądającego psa. W końcu Tardis ma pokraczne łapki i wygięty kręgosłup. Do tego wszyscy mówili mi, że zrobiono mnie w konia, bo wygląda na dużo starszego, niż twierdzono. 

Cóż, chodzi, oddycha, więc nie ma to dla mnie znaczenia, ile ma lat. Bo ma naprawdę dużo siły i energii; kiedy tylko jesteśmy w ogrodzie, uwielbia po nim biegać jak szalony. Ale spanie w moim łóżku przez cały dzień też mu nie przeszkadza. I przy okazji – starsze psy, które w życiu nie miały normalnego właściciela (czyt. mój serdelek) też potrafią się wielu rzeczy nauczyć.

Kiedy dostał nowe posłanie

Ale ludzie, mimo że nie chcieli nas urazić, często mówili, jaka to paskuda, taki psi Quasimodo. W końcu też zaczęłam dostrzegać, że nieco odstaje od innych zwierząt. Wiele to nie zmieniło, to nie tak, że nagle chciałam go wymienić. Tylko było mi przykro, bo przecież to dobry pies. Wygryzł nawet dziurę w drzwiach do łazienki, żeby móc mnie widzieć.
Ale naprawdę, to dobry pies, który mnie lubi. Więc kiedy na spacerze idzie facet ze swoim wilczurem i prycha na mojego mówiąc co za kundel, czy gość babci wita nas mówiąc jaki brzydki pies, nie wyplątując się z tych słów, tylko brnąc w nie dalej, mam ochotę przynajmniej obsmarować ich na blogu.
Ale Malina ma kota, więc to nie zadziała. Nikt by nie miał tyle tupetu, żeby obrazić zwierzę, które po kryjomu rządzi światem i może w każdej chwili, bez zostawiania śladów, człowieka zamordować.

Wygląd ma znaczenie, ale do jasnej ciasnej, dobre maniery są jeszcze ważniejsze. A oni nie wiedzą, co ten pies przeszedł. Sama dobrze nie wiem i widząc jego odruchy, chyba wolę pozostać w niewiedzy.

Przy okazji dziękuję wszystkim za miłe słowa na Twitterze, psy takie jak Tardis tego typu komplementów nie dostają na co dzień.

Mały bonus, czyli inny tryb życia

Przygarnięcie psa, niezależnie skąd, wprowadza do życia pewne zmiany.

Robiąc sobie omlet, zaczęłam dodawać jedno jajo więcej, żeby on też mógł zjeść. Ale nie róbcie tego, bo potem panicz nie tknie suchego żarcia.

Już nie wracałam do pustego domu, bo zawsze ta kiełbasa czekała pod drzwiami. To było coś nowego, nie byłam przyzwyczajona do takiego uczucia. W gimnazjum miałam kotkę, która mimo że mnie lubiła, to pojawiała się przy mnie, kiedy miała na to ochotę. Dopóki oczywiście zamykająca się brama nie przytrzasnęła jej szyi, ale to już mniej pogodna historia. A Tardis jest wszędzie. Ja wstaję, on wstaje. Idę do łazienki, on czeka pod drzwiami. Już ich nie gryzie, bo wie, że wyjdę.

Mamy też wspólne małe rytuały. Kiedy kładę niebieski koc, wie, że może wskoczyć na łóżko – nie tresowałam go specjalnie, samo wyszło. A kiedy zamykam laptopa, znaczy, że idziemy na nasz długi, wieczorny spacer i można wykonać taniec obezwładniającego szczęścia.

Do tego zaczęłam chodzić spać i wstawać o regularnych porach. Przełożyło się to na jedzenie prawdziwego śniadania, bo nagle okazało się, że mam na to czas. Prawdziwego, czyli podwójnego. Nie ma lepszej rzeczy na świecie.

I tak, czasem muszę wstać o czwartej, kiedy Tardis ma biegunkę i drapie drzwi, bywają też dni, kiedy nie wytrzymuje i załatwia się w domu. Między innymi dzięki temu już się uodporniłam i już nie myję tak obsesyjnie rąk. Wciąż je myję, żeby nie było. Tylko że już nie wstaję od komputera, żeby umyć je po raz dziesiąty w ciągu godziny.

Dlatego jeśli już mam się roztkliwiać, to myślę, że zaadoptowanie psa było najbardziej dojrzałą decyzją w moim życiu. Na razie jedyną, nie chcę musieć podejmować kolejnych dojrzałych decyzji. Ile można.

 

  • Wiesława D

    Kaja,Twój pies jest absolutnie wspaniały! A Wy, Cudaczki Wyśmiewaczki wiedzcie,ze to bardzo,ale to bardzo przystojny koleś ,howgh! Mój pierwszy pies miał oryginalny wygląd [mieszanka boksera z wilkiem i z nietoperzem w paski] i dowcipnisie pytali czy to hiena. zawsze odpowiadałam z powazną miną ,że to np.karelski pies na niedżwiedzie, czy co mi tam ślina przyniosła i mądrala wymiękał -bo skąd miał wiedzieć,niedouk jeden, czy to prawda-heh. A opowiadanie sliczne 🙂

    • Kaya Herman

      Dziękuję! 🙂 A pomysł świetny, muszę go wykorzystać.